Z wizytą w arboretum w Rogowie
Wózek się wywrócił, a ja z nim. Gdy leżałem przypomniała mi się następująca historyjka: „- Będę szedł. – A jak upadniesz? – Nie upadnę. – A jak jednak upadniesz? – To wstanę. – A jak nie będziesz dał rady wstać? – Dam radę. – A jak jednak nie dasz rady? – To sobie poleżę”.
No i tak sobie leżałem.
A zaczęło się tak pięknie. 8 września z Grześkiem, który czasem wozi mnie na wyprawy, pojechałem do arboretum (tym słowem określa się ogród botaniczny skupiony na drzewach) SGGW w Rogowie (tu link). Na co dzień poruszam się bez wózka. Mam go jednak, żeby doczepiać do niego dostawkę elektryczną. Siadając tam i uruchamiając silnik mogę osiągać prędkość 20 km/h.
Zapakowaliśmy więc obie rzeczy do samochodu. Pogoda była słoneczna, a temperatura dochodziła do 30 st. C.
Jechaliśmy z Warszawy niecałe 1,5 godz. Na miejscu wszystko wypakowaliśmy. Ja pojechałem przodem. Pierwszy trafiłem na kasę arboretum. Pani w niej była bardzo miła. Wyszła do mnie i sprzedała dwa bilety. Oba ulgowe (dla mnie jako osoby niepełnosprawnej i dla Grześka jako mojego opiekuna). Dowód załączam poniżej
.
I potem pojechałem do arboretum. Umówiliśmy się, że zadzwonię do Grześka po półtorej godziny. Chyba że coś się stanie.
Stało się. Zobaczyłem alpinarium – tak się nazywa miejsce, gdzie hoduje się rośliny górskie. Wjechałem tam. Niestety, ścieżka zrobiła się bardzo wąska i mój wózek się wywrócił. Leżąc, zadzwoniłem do Grześka.
Na początku nie mógł mnie znaleźć. Wygramoliłem się więc z wózka, usiadłem na pobliskim kamieniu i sam spróbowałem postawić wózek. Nie udało mi się.
Na szczęście Grzesiek w końcu mnie znalazł. Nawet on miał kłopot z postawieniem wózka. Jak się okazało rączka dostawki zaklinowała się pod kamieniem.
Potem już uważałem, żeby nie wjeżdżać w zbyt wąskie ścieżki. Jadąc, podziwiałem czerwone owoce kaliny koralowej,
staw z grzybieniami
czy oczywiście rozmaite drzewa.
Było fantastycznie. Muszę się tam wybrać o innej porze roku.





Komentarze